19 Sierpnia Missions
From Poland to Chile – Mission, the Church, and Everyday Life in Santiago

Fr Łukasz Grzejda, SCJ, has been serving in Chile for two years. Becoming a missionary had been his dream since his novitiate, but the reality he encountered in Santiago differed from his expectations. Rather than starting from scratch, he joined a mission shaped by generations of missionaries. In this interview, he talks about the Church in Chile, the challenges of living in a different culture, the role of laypeople, and how mission often means, above all, being faithfully present in people’s everyday lives.


For those who don’t know you, how would you introduce yourself?
My name is Fr Łukasz Grzejda, and I belong to the Congregation of the Priests of the Sacred Heart of Jesus. I was ordained a priest in 2010, so this year marks 16 years since my ordination. After that, I worked in a parish in Kraków and then spent a year in Rome attending a course for formators. When I returned to Poland, I was assigned to the novitiate and seminary, where I served as a formator and educator. Later, I spent four years working in a parish in Lublin. My superiors then sent me on mission to Chile. I now live in Santiago de Chile, where I serve in our Sacred Heart parish and work as a chaplain at a college – a school run by our congregation.

Did you feel called to missionary work from the beginning of your priesthood?
The desire to go on mission first arose during my novitiate. Missionaries would visit us, talk about their work, and share their experiences of ministry outside Poland. At first, I thought about going to Africa, as that was the destination we heard about most often. Over time, however, many Polish missionaries began returning from Africa because more and more local priests were taking up ministry in many areas.

When did you first consider Chile?
During my time in Rome, a meeting was held with superiors from our congregation from around the world. The provincial superior from Chile invited priests from Poland to help with the mission there. I thought that perhaps this was where God was calling me. I submitted a request to go, but after returning to Poland, I had to be patient. Eleven years passed between my initial request and the moment my superiors decided that my ministry was needed in Chile.

Looking back, do you feel that your years of ministry in Poland prepared you for the mission?
I think so. Today, I can see that all my previous experiences – both pastoral and formative – fit together as part of a coherent whole. Thanks to them, I can now serve others by sharing what I have learned and experienced myself.

How did the Dehonians first establish their presence in Chile?
The Dehonians have been present in Chile since the 1950s. The mission was initially led mainly by missionaries from the Netherlands, who took charge of one parish and founded two schools. Over time, more confrères joined them, and the congregation expanded its work to additional parishes. We also cooperated with the mission in Argentina, where, among others, Italian missionaries served. However, a lack of local vocations proved to be a challenge. There were few Chilean members of the congregation, and over the years, Dutch missionaries began returning to their homeland or passed away. As a result, our community gradually became smaller.

Was this why missionaries from other countries began to be invited?
Yes. Around 2013, additional missionaries were invited, including those from Poland. For a time, the situation improved: we took over another parish in Valdivia and continued running our schools. Then the pandemic struck, having a significant impact on our community. Some missionaries returned to their home countries, while several candidates for religious life decided not to continue their vocation journey. When I arrived in Chile on 5 September 2024, there were five priests. I became the sixth. Today, we live and serve in three communities based at different parishes.

What do you remember about the day you arrived in Chile?
I arrived in Chile late in the evening. Two of my confrères met me at the airport and drove me to the house. In my room, I found a note written in Polish that said, “Welcome home.” It is one of those moments that has stayed with me. From the very beginning, I felt comfortable there. I was not anxious or uncertain; instead, I felt warmly welcomed. The same was true when I arrived at the parish where I still serve today. I live with two confrères who are considerably older than me. One is from the Netherlands and the other from Luxembourg, and both are over eighty. They are a tremendous source of support for me. Their experience and knowledge of the local community have taught me a great deal. I sometimes joke that I am a student learning from two masters.

Ameryka Łacińska często kojarzy się z żywą religijnością. Jak dziś wygląda Kościół w Chile?
Myślę, że katolicyzm w Chile stopniowo słabnie. Jeszcze niedawno mówiło się o Chile jako o kraju katolickim, ale w ostatnich latach liczba osób utożsamiających się z Kościołem wyraźnie spada.

Dokąd odchodzą ci, którzy opuszczają Kościół?
Część po prostu odchodzi od wiary i żyje tak, jakby Boga nie było. Inni przechodzą do wspólnot protestanckich, które w ostatnich latach zyskują na popularności. Jednocześnie dostrzegam jeszcze jedno zjawisko. Niektórzy po pewnym czasie zaczynają tęsknić za Kościołem Katolickim. Być może wcześniej szukali czegoś nowego, ale z czasem odkrywają, że potrzebują większej głębi. Pojawiają się pytania o powrót do Kościoła i rzeczywiście zdarzają się takie powroty. Nie jest to zjawisko masowe, ale można je zauważyć.

To zjawisko dostrzega Ksiądz głównie w Santiago czy także w innych częściach Chile?
Przede wszystkim mogę mówić o Santiago, bo tam żyję i pracuję. To ogromna metropolia licząca około siedmiu milionów mieszkańców, czyli mniej więcej jedną trzecią ludności całego Chile. Miałem okazję kilka razy wyjechać poza stolicę, między innymi w okolice pustyni Atakama. Były to jednak krótkie wyjazdy, więc trudno mi oceniać, jak wygląda tam codzienne życie wiary. Byłem także na południu kraju, w Araukanii. To region spokojniejszy, mniej zurbanizowany, gdzie mieszka społeczność Mapuczów – rdzennych mieszkańców Chile. Zachowali oni własny język, kulturę i silne poczucie tożsamości, które pielęgnują również w swoich szkołach. Formalnie są obywatelami Chile, ale jednocześnie dbają o swoją odrębność.

Jak wygląda Księdza codzienna posługa w Santiago?
Posługujemy w parafii, do której oprócz kościoła należą także cztery kaplice dojazdowe. To było dla mnie spore zaskoczenie, bo z takimi kaplicami kojarzyły mi się raczej odległe miejscowości, a nie środek wielkiej metropolii. Powstały one z myślą o starszych parafianach, którym z biegiem lat coraz trudniej było dotrzeć do kościoła. Dlatego duszpasterze postanowili stworzyć miejsca modlitwy bliżej ludzi.

Jak Chilijczycy przeżywają swoją wiarę na co dzień?
Mam wrażenie, że ich religijność jest mocno zakorzeniona w tradycji. W naszej parafii często widzę osoby, które przychodzą przed kościół, zapalają świecę przy krzyżu i modlą się indywidualnie. Zdarza się też, że ktoś podjeżdża samochodem, zatrzymuje się przed kościołem i modli się, nawet z niego nie wysiadając. To również jest dla nich sposób spotkania z Bogiem i przeżywania wiary.

Przyjechał Ksiądz do Chile z doświadczeniem polskiego Kościoła. Czy łatwo było odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
Tak. Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to moje miejsce. Wyjeżdżając na misje, miałem jednak zupełnie inne wyobrażenie. Misjonarz kojarzył mi się z kimś, kto jedzie do Afryki czy Azji, dociera do małych wiosek, buduje kaplice i zaczyna wszystko od podstaw. W Chile zastałem zupełnie inną rzeczywistość. Trafiłem do parafii z dobrze zorganizowanym duszpasterstwem, żywą wspólnotą i ludźmi, którzy od lat tworzyli tam Kościół. Moim zadaniem nie było budowanie czegoś od początku, ale kontynuowanie pracy misjonarzy, którzy byli tam przede mną.

Na ile duszpasterstwo w Chile przypomina to, które znamy z Polski?
Pod wieloma względami jest podobne – są Msze Święte, sakramenty, nabożeństwa i przygotowanie do ich przyjęcia. Różnicę widać przede wszystkim w zaangażowaniu świeckich. W mojej parafii to świeccy katecheci przygotowują wiernych do sakramentów. Mamy również dwóch diakonów stałych, którzy pomagają przy zawieraniu małżeństw, udzielają chrztów i towarzyszą rodzinom po śmierci bliskich. Przy niewielkiej liczbie kapłanów świeccy biorą na siebie znacznie większą odpowiedzialność za życie parafii niż w Polsce.

Co było dla Księdza największym wyzwaniem po przyjeździe do Chile?
Na pewno język, ale nie tylko. Wyzwaniem było również przyjęcie innego sposobu funkcjonowania i podejścia do codzienności. Mam wrażenie, że Chilijczycy często podchodzą do czasu spokojniej niż my w Polsce. Nie zawsze wszystko musi być dokładnie zaplanowane i zrealizowane od razu. Czasem coś uda się zrobić dziś, a jeśli nie – zostanie na później. Dla mnie było to początkowo trudne, bo byłem przyzwyczajony do konkretnego planowania i organizacji pracy. Musiałem nauczyć się większej cierpliwości i elastyczności.

Czyli takie trochę słynne latynoskie „mañana”?
Trochę tak, choć trzeba uważać, żeby nie generalizować. Chodzi raczej o inne podejście do czasu i codziennego rytmu życia. Mówię przede wszystkim o mojej parafii i dzielnicy. Santiago jest bardzo zróżnicowane – są miejsca bardziej nowoczesne, uporządkowane i zamożne, ale są też starsze części miasta, takie jak okolice, w których posługuję. To rejon bliżej centrum, na południe od historycznej części Santiago, który nie został aż tak bardzo zmodernizowany. Jednocześnie jest to miejsce, gdzie wszystko jest dostępne: działa komunikacja, są sklepy i podstawowe usługi. Chile jest krajem dobrze rozwiniętym gospodarczo, dlatego nawet w uboższych dzielnicach wiele osób ma możliwość prowadzenia godnego życia.

Czy jest jakaś szczególna cecha wyróżniająca duszpasterstwo w Chile?
Chyba największą specyfiką jest duża obecność misjonarzy. Obecnie uczestniczę w kursie dla nowych proboszczów. Jest tam około dwudziestu pięciu księży, ale tylko dwóch z nich to Chilijczycy. Pozostali pochodzą z innych krajów. To pokazuje, że Kościół w Chile w dużej mierze opiera się na pomocy misjonarzy.

To może być zaskakujące, bo Ameryka Łacińska często kojarzy się z licznymi powołaniami. Skąd ten problem w Chile?
Powodów jest wiele. Jednym z nich może być sposób patrzenia na przyszłość. Mam wrażenie, że ludzie często skupiają się bardziej na teraźniejszości. Tymczasem droga kapłańska wymaga długofalowego myślenia: przygotowania, planu, gotowości do poświęcenia wielu lat. Być może dlatego tak trudno znaleźć osoby, które chcą wybrać tę drogę.

Czy różnice kulturowe wpływają również na sposób przeżywania wiary i życia moralnego?
Tak, można to zauważyć chociażby w podejściu do spowiedzi. Ludzie nie zawsze mają taką potrzebę regularnego korzystania z tego sakramentu, jak często spotykamy w Polsce. Niektórzy przychodzą raz w roku, inni po dłuższej przerwie. Wydaje mi się, że nie zawsze patrzą na codzienność w kategoriach życia moralnego tak, jak jest to częściej obecne w polskiej kulturze religijnej. Z drugiej strony Chilijczycy mają bardzo silne poczucie relacji i wspólnoty. Duże znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, solidarność i wzajemna pomoc. Widać to szczególnie w chwilach trudnych. Kiedy ktoś umiera, na modlitwę przychodzą całe rodziny i wielu znajomych, także osoby, które nie znały zmarłego bardzo blisko. Jest w tym dużo szacunku i troski o drugiego człowieka.

Czy jakieś różnice w przeżywaniu wiary szczególnie Księdza zaskoczyły?
Tak. Pamiętam młodzież przygotowującą się do bierzmowania. Byli to ludzie w wieku około 16–17 lat. Gdy rozmawialiśmy o spowiedzi przed tym sakramentem, zapytałem ich, kiedy ostatni raz byli u spowiedzi. Okazało się, że dla niektórych była to pierwsza spowiedź w życiu. Byłem zaskoczony i zacząłem pytać: „A kiedy była pierwsza Komunia Święta?” Odpowiadali, że kilka lat wcześniej. Pytam więc: „A nie było wtedy pierwszej spowiedzi?” Okazało się, że niektórzy byli ochrzczeni krótko przed pierwszą Komunią i po prostu nie mieli wcześniejszego doświadczenia sakramentu pokuty. Czyli pierwszy raz przystępowali do spowiedzi dopiero przed bierzmowaniem. Podobną sytuację miałem kiedyś w kolegium. Ogłosiliśmy możliwość spowiedzi i przyszedł chłopak z siódmej klasy. Powiedział, że nigdy wcześniej się nie spowiadał. Zapytałem więc, czy był ochrzczony – odpowiedział, że jeszcze nie. Czyli przyszedł jeszcze przed chrztem, myśląc o spowiedzi. Oczywiście wyjaśniłem mu, że nie może to być spowiedź, ale możemy porozmawiać. To pokazuje, że czasami młodzi ludzie dopiero uczą się podstaw wiary. W Polsce dzieci i młodzież mają katechezę w szkole, więc pewne rzeczy są im przekazywane. Tam czasami trzeba zaczynać od podstaw.

Porozmawiajmy o szkole, w której Ksiądz jest kapelanem. Czym właściwie jest kolegium?
To prywatna szkoła katolicka założona i prowadzona przez nasze zgromadzenie. Przez wiele lat była zarządzana przez Sercanów, a także pracowali w niej nasi księża, głównie z Holandii. Gdy z czasem zaczęło brakować misjonarzy, sposób funkcjonowania szkoły się zmienił. Zarządzanie przejęli świeccy dyrektorzy i nauczyciele, a dziś żaden Sercanin nie prowadzi tam zajęć. Moja posługa polega przede wszystkim na byciu kapelanem. Odpowiadam za życie duchowe szkoły: Msze Święte, sakramenty, spowiedź oraz przygotowanie dzieci i rodzin do pierwszej Komunii Świętej. To szkoła, która obejmuje cały proces edukacji – od przedszkola aż po maturę.

Czy kolegium jest szkołą znaną i cenioną w Santiago?
Tak. Kiedy ktoś pyta mnie, jakie dzieła prowadzimy jako Sercanie, często wystarczy wspomnieć o Kolegium Świętego Jana – wiele osób je zna. Szkoła ma dobrą opinię, a jej absolwenci dobrze radzą sobie na egzaminach i dostają się na dobre uczelnie. Jest to szkoła prywatna, ale jednocześnie katolicka. Rodzice i uczniowie wiedzą, że wymiar religijny jest jej ważną częścią. Każda klasa ma raz w roku dzień skupienia, organizujemy Msze przy ważnych uroczystościach, takich jak święto Najświętszego Serca Jezusowego, rocznica powstania kolegium czy rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego. Również nauczyciele mają swoje spotkania formacyjne.

Mam trochę nietypowe pytanie: jak Chilijczycy radzą sobie z wymówieniem Księdza nazwiska?
Nie mogą go wymówić. (śmiech) Naprawdę łamią sobie język. Kiedy ja wypowiem swoje nazwisko, potrafią je jeszcze jakoś powtórzyć, ale kiedy sami próbują je powiedzieć, jest już dużo trudniej. Nie potrafią go zapamiętać.

A czy odkrył Ksiądz w Chile jakąś ulubioną potrawę?
Chyba największym odkryciem nie była konkretna potrawa obiadowa, ale deser – harina tostada, czyli coś w rodzaju prażonej mąki, trochę przypominający bardzo drobną bułkę tartą. Kiedy wymiesza się ją z miodem i doda trochę wody, powstaje bardzo prosty, ale niezwykle smaczny deser. To było dla mnie ogromne odkrycie. Raz uczestniczyłem w odwirowywaniu miodu z pasieki. Ten świeży miód, połączony właśnie z tą mąką i odrobiną wody, smakował wyjątkowo. Chilijczycy używają też tej mąki do jedzenia arbuza. Posypują nim kawałki owocu i to jest przepyszne.

A jeśli chodzi o dania obiadowe?
Bardzo smakuje mi pastel de choclo. To potrawa z mięsem, najczęściej kurczakiem lub wieprzowiną, przykrytym warstwą zmielonej kukurydzy, która nadaje całości lekko słodki smak. Całość zapieka się w glinianym naczyniu i powstaje bardzo charakterystyczna, chrupiąca warstwa na wierzchu. To jest naprawdę bardzo dobre. Drugą potrawą, którą lubię, są sopaipillas. Najczęściej przygotowuje się je zimą. To placuszki przygotowywane z dyni. Można je jeść na słono, na przykład z wędliną czy awokado, albo w wersji słodkiej z chancacą, czyli słodkim syropem z trzciny cukrowej z dodatkiem m.in. skórki pomarańczy. Gdy przychodzi deszczowa pogoda, Chilijczycy bardzo często właśnie wtedy je przygotowują.

To dopiero dwa lata na misjach. Czy ma Ksiądz jakieś misyjne marzenie?
Na ten moment moim planem jest trwać w Chile. Nie myślę o kolejnym wyjeździe. Misja nie zawsze wygląda tak, jak sobie ją wyobrażamy. Nie zawsze chodzi o wielkie dzieła, ale często o zwyczajną codzienną obecność – bycie z ludźmi, sprawowanie sakramentów, towarzyszenie rodzinom i pomoc tam, gdzie jesteśmy potrzebni. Pan Bóg prowadzi człowieka przez różne etapy. Dzisiaj widzę, że wszystkie wcześniejsze doświadczenia – praca duszpasterska w Polsce, formacja, wychowanie młodych zakonników – były przygotowaniem do tego miejsca. Mam jednak takie pragnienie, żeby kiedyś podjąć posługę wśród ludności rdzennej, szczególnie Mapuczów. Na razie jest nas jednak tylko sześciu księży, więc najpierw musimy zadbać o dzieła, które już prowadzimy. Mamy dwóch współbraci po osiemdziesiątym roku życia, którzy nadal posługują w parafiach. To dla mnie piękne świadectwo wierności i ducha misyjnego – być tam, gdzie Pan Bóg nas posłał, aż do końca. Jeśli w przyszłości przybędą kolejni misjonarze i pojawi się możliwość otwarcia nowej placówki, z radością podjąłbym taką posługę wśród Mapuczów.

Dziękuję za rozmowę.